2009
10.06

Wczoraj pisałem o sklepikareczce :P Tak tak to był wspaniały wieczór, ale rano zadzwonił ojciec i wyrwał mnie z bajkowego snu tekstem, że mam ratować ich dobytek. Ja – ja mam ratować,  a co ja niby jestem? Ale wygramoliłem się z łóżka, wskoczyłem w ciuchy i popędziłem moim zgruchociałym wozem do rodziców.

Jak się okazało dach im przeciekał. W sumie się nie dziwie, co z tego co pamiętam pokrycie dachowe kładł jakiś niekumaty człek i to z 10 lat temu :D Ciekawe po co mnie wzywali, bo ja dachowcem nie jestem :P   Poradziłem wezwać fachowca, a on stwierdził, że gont był źle położony stąd przeciekanie. Fachowiec polecił  dachówkę ceramiczną, która od niedawna jest na polskim rynku – Holenderka 11.  Od razu wyobraziłem sobie młodziutką Holendereczkę opalającą się na dachu mmm. Z fantazji wyrwał mnie fachowiec, który powiedział, że to fantastyczna dachówka ceramiczna – wyposażona w podłużne głębokie żłobienie, które zapewniają wysoką szczelność pokrycia dachu nawet przy gwałtownych opadach deszczu.  Cała moja fantazja legła w gruzach :D

Fachowiec był konkretny od razu przedstawił co, jak i za ile i rodzice postanowili wybrać Holenderkę 11. Teraz na ich dachu zagości dachówka ceramiczna, która mi się zawsze będzie kojarzyć z tym o czym wcześniej wspomniałem :P

2009
10.05

Zapachniało mi ostatnio wigilią. Co prawda do świąt jeszcze troche czasu (chociaż jak znam życie lada moment w telewizji jak i na wystawach sklepowych pojawią się świąteczne ozdoby), to mi już “zapachniało” świetami :)

Postanowiłem przygotować sobie już jakąś wigilijną potrawę ;) Jako, że łasuch ze mnie wielki, zacząłem przeszukiwać w internecie przepisy pod kątem takich konkretnie wigilijnych. Deserów robić mi się napewno nie chce, ale jakieś ciasto to mógłbym upiec. Od małego lubiłem spędzać czas w kuchni – co prawda kucharzem nie zostałem – ale gotować co nie co się nauczyłem.

No dobrze ale wracając do meritum sprawy. Powiem szczerze, że albo ja nie umiem szukać, albo w necie nie ma żadnych ciekawych przepisów wigilijnych. Wszystkie takie, albo wymyślne albo tak “pospolite”, że aż niesmaczne :P

Zadzwoniłem więc do przybytku wszech wiedzy kulinarnej (tak, tak do drogiej mamusi) z zapytaniem o jakiś ciekawy przepis. Zdziwiła się kobiecina co nie miara – ale, że synusia kocha bardzo to z anielską cierpliwością odpowiadając na wszystkie głupie pytania, przepis podytkowała.

Tak więc radosny, wyskoczyłem do sklepu po niezbędne artykuły, którymi są:

Na ciasto:

  • 2 szklanki mąki krupczatki
  • 2/3 kostki margaryny
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 3 żółtka
  • 2 łyżki śmietany

Na masę makowo-jabłkową:

  • 30 dag maku
  • 0,4kg jabłek
  • 5 jajek
  • 20 dag margaryny
  • 1,5 szklanki curku bakalie
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 8 łyżeczek kaszy manny
  • 1 aromat migdałowy

Do dekoracji:

  • polewa czekoladowa
  • płatki migdałowe/wiórki kokosowe/kolorowa posypka/siekane orzechy

Oczywiście w sklepie spotkałem miła młodą (a jakże) zaprzyjażnioną panią sprzedawczynie której nieomieszkałem się pochwalić o moim smaku na wigilie. Pośmialiśmy się razem, po czym zapowiedziała, że wpadnie wieczorem skosztować. To jeszcze bardziej zmotywowało mnie do dobrego kuchmarzenia.

Ok, ale jak w końcu przygotowuje się to potrawę? Już spiesze z opisem. Wpierw przygotujmy masę makową – to co prawda mój słaby punkt ale jakoś sobie poradziłem. No więc… najpierw trzeba mak sprzyć i zmielić. Margarynę rozpuścić i ostudzić. W między czasie możemy obrać jabłka i zetrzeć. Oczywiście na tych dużych oczkach. Potem jajka z cukrem ubijamy na parze, a gdy ostygną możemy dodawać roztopioną margarynę, jabłka, mak i kaszę mannę. Pożniej już tylk prosezk do pieczenia, bakalie i aromat migdałowy. Masę wylewamy na ciasto. Ja to pieke tak na oko, aż widze że jest dobre. Pirazy drzwi to było coś koło godziny. Temperaturka oczywiście 180 stopni. Po upieczeniu i ostudzenu polewamy wszystko polewą i czym kto tam lubi :)

Ciasto mi wyszło przepięknie, a że kupiłem jeszcze pomarańcze, to je trochę ugniotłem i aromat roznosił się po całym mieszkaniu. Wieczorem wpadła sklepikareczka i… i to już zostanie moją pyszną tajemnica, ale możecie być pewni, że ciasto smakowało jej jak nigdy. ;)